Zdjęcie miesiąca

Kanarki - Wortal Jacky & Mark
Styczeń 29, 2020, 10:32:07 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Tutaj znajduje się kopalnia wiedzy o kanarkach i ptakach egzotycznych.
   
  Strona główna Pomoc Linki Zaloguj się Rejestracja  

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej Polityce prywatności.

Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Opowiadania o kanarkach  (Przeczytany 3690 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
altal
Uczeń1
Nowy użytkownik
*
Offline Offline

Wiadomości: 12


« : Październik 21, 2013, 08:23:03 »

OPOWIADANIA O KANARKACH
Jacek

Trafił do nas w połowie stycznia 2007 roku. Trafił z przypadku, gdyż jakaś kobieta przestała mieć warunki do trzymania tego ptaka u siebie. Według jej zapewnień była drugim właścicielem Jacka. Przyjechał z takim imieniem i z takim został.
Jacek miał już kontakt z innymi ludźmi i miał zakodowane, że mieszkanie jest zbiorem bardzo dużych wolier, w których można się przemieszczać używając do tego celu skrzydeł. Jacek dostał się nam z dobrodziejstwem inwentarza, tzn. razem z klatką, w której przebywał od dawna. Pani od Jacka powiedziała nam, że ptak ma półtora roku i musi się nieco oswoić w nowym miejscu, a śpiewać to zacznie pewnie dopiero po dwóch tygodniach.
Ustawiliśmy klatkę z ptakiem w kuchennym narożniku i przykryliśmy ją od góry materiałem tak, aby zakrywał górę do poziomu górnej żerdki, na której kanarek się usadowił.
Usadowił się i nie reagował, ani na kręcących się po kuchni, ani przyglądających mu się domowników. Nie wyglądał ani na zdenerwowanego, ani ciekawskiego. Siedział sobie na swojej grządce gdzieś z pół godziny, nim zdecydował się sfrunąć niżej i pojeść sobie z karmidełka bez czajenia się lub oznak strachu.
Gdzieś po godzinie ktoś odkręcił w kuchni kran, aby umyć kilka talerzy. I tu się zaczął śpiew. Może nie za bardzo wykwintny, ale piękny i radosny!
Kiedy umyto naczynia i zakręcono wodę, Jacek umilkł. Uruchomiono ponownie kran i znowu zaczęły się śpiewy. Następnego dnia rano, kiedy tylko się rozjaśniło - Jacek rozpoczął urzędowanie od powitania dnia śpiewem i czyszczenia piórek. Nie było problemów z jedzeniem, ale kanarek zlatywał na niższą grządkę tylko po to, aby coś zjeść.
Gdy chodzi o śpiew, to praktycznie od następnego dnia śpiewał kilka razy dziennie, a szczególnie wówczas, gdy z kranu zaczynała lecieć woda lub gdy zaczynał bulgotać i gwizdać czajnik z gotującą się wodą. Ptak opanował z czasem dźwięki gotującej się wody, a nawet naśladował gwizd czajnika.
Na dno klatki, gdzie za zaleceniem poprzedniej właścicielki umieściliśmy piasek z muszelkami Jacek zaczął zlatywać trzeciego dnia i od wtedy zaczynał nieśmiało lądować na średniej (środkowej) grządce, aby przyjrzeć się domownikom. Gdy ktoś zanadto zbliżał się do klatki kanarek bez pośpiechu umykał na swoją górną grządkę, gdzie sadowił się w pozycji „do ucieczki”, czyli na zgiętych łapkach.
Czwartego dnia zacząłem Jacka powoli przyzwyczajać do siebie. Stopniowo, starając się nie denerwować go, chciałem pozyskać jego zaufanie. W ciągu kolejnych trzech dni ptak przestał się bać mojej ręki i opanował sztukę siadania mi na dłoni, gdy trzymałem rękę w klatce. Ósmego dnia skusił się i wyleciał za mną z klatki. Najpierw się zląkł, ale gdzieś po godzinie wylądował sam na pulpicie blatu kuchennego. Początkowo nieco ciężko fruwał w kuchni, zatrzymując się nieco na zlewie, słoikach czy szmatce przykrywającej jego klatkę. Od tamtego czasu okrycie klatki stało się jego przystanią. Tu rozpoczynał śpiewy, czynił sobie toaletę skubiąc piórka lub łapy albo zaczepiał domowników domagając się albo smakołyków albo pochwał.
Kiedy siadywał na swojej klatce i się go chwaliło: jaki ty jesteś śliczny, jak ładnie śpiewasz, a jeszcze jak się do niego mówiło powtarzając wielokrotnie jego imię - Jacek prężył się i śpiewał. Tym głośniej i piękniej, im więcej było pochwał. Gdy w kuchni grało radio i puszczali różne gatunki muzyki, okazało się że Jacek gustuje w utworach operetkowych, a z piosenkarzy szczególnie w Mireille Mathieu. Wtedy ożywiał się szczególnie i śpiewał próbując zagłuszyć swoimi tokami wykonawcę z radia lub CD.
Gdzieś około kwietnia 2007 zauważyłem, że kanarek ma problem z łapkami. Że często podkurcza je, dziobie i ma kłopoty z siedzeniem na jednej nodze. Zawiozłem go do pani weterynarz, która specjalizowała się „w małych zwierzątkach”. Kiedy wtaszczyłem klatkę z Jackiem do jej gabinetu - pani weterynarz w średnim wieku wydała polecenie:
- Pan go złapie!
Jacek wtedy pierwszy i jedyny raz dał się złapać niemal bez problemu, a gdy po obcięciu pazurków i obejrzeniu łap powrócił do klatki, pierwsze co zrobił, to zaczął śpiewać. Pani weterynarz była zachwycona. Pierwszy raz w życiu słyszała na żywo śpiewającego kanarka. Dwa lata później, kiedy trafiłem do niej z podejrzeniem cyst piórowych okazało się, że pani weterynarz na tym się nie zna i zaleciła udanie się do kogo innego. Wtedy też okazało się, że Jacek ma dziwnie nienaturalną skórę na łapkach a jeszcze później zacząłem to schorzenie z łapkami kojarzyć z cystami. Nie mam na to innych dowodów, ale akurat tutaj tak mi się zdaje.
Cysty piórowe to nienaturalny sposób wydostawania się formowanego piórka z torebki piórowej w czasie pierzenia. Pióro jest tak miękkie, że zawija się i wydostaje na zewnątrz, „staje” w poprzek do innych piór. Niektóre źródła internetowe podają, że kłopoty z pierzeniem ma nawet do 20% kanarków głównie żółtych i intensywnie pomarańczowych. Niektórzy autorzy podają też, że najczęściej wina leży tu po stronie genetyki, czyli człowieka. Krzyżuje się kanarki żeby ładniej śpiewały, żeby ładniej wyglądały! nie bacząc, że natura nie znosi bliskiego pokrewieństwa. Co do Jacka istnieje podejrzenie, że pochodził z chowu wsobnego, co mogło zaowocować właśnie cystami.
Pisałem wcześniej o śpiewie Jacka. Tu mała dygresja. Wszystkie źródła podają, że w czasie zwłaszcza dużego pierzenia samce kanarków przestają śpiewać, a samice porzucają jaja lub przestają opiekować się potomstwem. U Jacka było tak samo, z jednym wyjątkiem. Jego pierwsze pierzenie u nas miało niewielki wpływ na śpiew. Dopiero kolejne zmiany piór i kłopoty z nim związane powodowały, że przestawał śpiewać.
O cystach na przykładzie Jacka
Jacek fruwał sobie po mieszkaniu mając za ulubione miejsca: parapecik przed lustrem w łazience, drzwi obok suwanego lustra w przedpokoju a nade wszystko poręcz krzesła w dużym pokoju. To trzecie miejsce świadczyło szczególnie o długości wizyt Jacka w tym miejscu, bo tu poniżej krzesła było najwięcej odchodów.
Rozkład dnia Jacka wyglądał mniej więcej tak. Krótko po wschodzie słońca śpiew, który było słychać nawet u sąsiadów oraz na klatce schodowej, kolejno: pożywienie się, czyszczenie piórek, krótki odpoczynek, loty po kuchni, śpiew. W ciągu dnia, gdy domownicy krzątali się po mieszkaniu loty odbywały się do wszystkich jaśniejszych kątów. Jacek potrafił też wylądować na głowie, na ręku, na kranie w kuchni. Albo na uchwycie czajnika, gdzie także pokazywał jak pięknie potrafi się śpiewać. Nie wspominam oczywiście o miejscu popołudniowym, tzn. o wierzchu klatki, gdzie przesiadywał przyglądając się jak przygotowują posiłki i czy przypadkiem nie postawiono kubka, który napełniono herbatą.
Trzeba było bardzo uważać, aby Jacek nie wylądował na kubku gorącej herbaty. Kiedy ta miała temperaturę pokojową siadał sobie na krawędzi kubka i delektował się tym napojem.  Ze dwa razy zdarzyło się natomiast, że przygotowano kompot i zapomniano o nim. Jacek najnormalniej się w nim wykąpał, a później długo czyścił sobie piórka. Dziwił się, że strasznie mu się kleją.
Zdarzyło się, że podano herbatę i zapomniano ją osłodzić. Jacek od razu bezceremonialnie dawał znać, że nie dopełniono obowiązków kulinarnych. Co, to? Cukru żałują?! Dlaczego herbata jest gorzka!
Poprzednia właścicielka Jacka opowiadała, że wcześniej miała innego kanarka. Ten lubował się w cukrze. Jeśli pozostawiono otwartą cukiernicę potrafił zanurkować w niej rozsypując cukier po całym mieszkaniu. Opowiadała również, że gdy jej mąż kąpał się w łazience, to musiały być wtedy otwarte od niej drzwi. Kanarek wlatywał wówczas do łazienki, siadał na chwilę na gąbce pływającej w wodzie. Po wylądowaniu na niej na chwilę - wydawał z siebie: ćwir, ćwir i wracał do pokoju, by znowu trafić po chwili do łazienki.
Jacek lubił się kąpać, ale zauważyliśmy to zbyt późno. Pani, która dała nam Jacka mówiła o jego potrzebie kąpieli, ale on w ogóle nie chciał korzystać ze swojej bathroom. W szczególności w klatce. Nie było metody, aby zechciał skorzystać z wody. I to był nasz błąd! Rozumowałem, że jeśli nie kąpie się w kąpielidełku w klatce, to chyba nie wykąpie się na zewnątrz. Robiłem jakieś próby z usadowieniem pojemnika do kąpieli poza klatką, ale Jacek najwyżej zanurzył w nim dziób, napił się wody i tyle. W sumie nie kąpał się chyba z pięć miesięcy.
Któregoś razu został mi w butelce resztka gazowanej wody. Było to jakoś w okolicach czerwca, a w domu było gorąco. Napełniłem kąpielidełko tą resztką. Woda lekko zasyczała a na powierzchni pojawiły się bąbelki. Jacek całą operację obserwował z wierzchu klatki. Wyraźnie się ożywił i natychmiast sfrunął do pojemniczka z bąbelkami. I co tutaj się działo! Wszystko dookoła była schlapane i spryskane wodą w promieniu dwóch metrów! Od tamtego czasu do kąpieli używało się wyłącznie wody i to najlepiej średnio gazowanej! Czynione później próby ze zwykłą kranówą lub przegotowaną wodą nie wzbudzały w ogóle zainteresowania Jacka.
Po każdej kąpieli zawsze było tak samo. Suszenie piór, toaleta, suszenie piór, toaleta. I oczywiście śpiew! Suszenie piórek zwykle polegało na skakaniu i sfruwaniu z grządki na grządkę, trzepotanie skrzydełkami, wylot z klatki i sadowienie się na krawędzi drzwi przy suwanym lustrze w przedpokoju. Bardzo często też lot na poręcz najbliższego krzesła w pokoju. Tam znowu toaleta i śpiew. Chwila czyszczenia i powrót do klatki, aby coś spożyć.
Przy okazji opis tylko dwóch przypadków, które zaobserwowałem u Jacka. Zdarzało mi się wyjeżdżać na dłużej. Zwykle jechałem z kimś i wtedy Jacek przebywał u teściów. Któregoś razu nie było nas trzy tygodnie i odebraliśmy go wczesnym popołudniem. Było trochę pisku w czasie transportu i przerażenie gdy znalazł się na swoim miejscu w kuchni. Kiedy nieco się uspokoił, i gdy zacząłem mówić do niego używając jego imienia, ptak się wyraźnie ożywił, zaczął ćwierkać, po czym ni stąd i zowąd wyleciał z klatki i wylądował mi na twarzy. Odbił i pazurkami, sfrunął na klatkę. Tam chwilę radośnie ćwierkał, po czym wylądował mi na głowie. Zaćwierkał głośno i pofrunął na kuchenny blat. Tu wykonał coś na kształt tańca i znowu ćwierkając skierował się na moje ramię a stamtąd na wierzch klatki, gdzie zaczął śpiewać arie.
Następnego dnia, gdy wstałem rano Jacek powitał mnie ćwierkaniem siedząc na swojej grządce obserwacyjnej na dole drzwiczek od klatki. Akurat chciało mi się pić, więc odkręciłem butelkę z wodą gazowaną. Kiedy chciałem napić się „z gwinta” o mało nie uszkodziłem Jacka, bo ten wylądował właśnie na szyjce od butelki. Nie miał u teściów dostępu do kąpieli, więc tu najwyraźniej dawał mi do zrozumienia, że chce skorzystać ze swojej łazienki. I tak było. Tego dnia Jacek kąpał się cztery razy i strasznie schlapał kafelki w kuchni, kuchenny blat a nawet gazówkę. Ale był wyraźnie z siebie zadowolony i w znakomitym nastroju!
Te dwa przypadki zachowania się kanarka w ten sposób widziałem tylko raz i nigdy nie znalazłem czegoś podobnego w literaturze.
A wracając do kąpieli, to Jacek wiedział do czego służy butelka z gazowaną mineralną wodą. Zwykle, gdy się kąpał i wychlapał sporo wody ze swojego korytka - uzupełniałem mu ją na bieżąco dolewając wody wprost z butelki. Traktował to ze zrozumieniem i rozumiał, że blat kuchenny musi być suchy. Gdy zrobił na nim kałużę i przez nią musiał się dostać do korytka z wodą - ewidentnie rozjeżdżały mu się wtedy łapki. Tolerował więc to, gdy wycierałem blat do sucha ściereczką lub papierowym ręcznikiem.
Było wszystko dobrze aż do marca 2010. Zauważyłem, że na prawym skrzydełku Jacek ma zgrubienie, które zaczyna mu sterczeć. Nie myślałem o niczym niepojącym, choć po miesiącu, po wykonanej kąpieli Jacek wykonał lot suszący do dużego pokoju. Widziałem to dokładnie, jak chciał wylądować na oparciu najbliższego krzesła, a trafił 20 cm niżej i spadł na dywan. Był wyraźnie oszołomiony i uciekł na łapkach pod stół, gdzie stały krzesła. Kiedy chciałem go tam podejrzeć, uciekał przede mną. I wtedy zauważyłem sterczący kikut na prawym skrzydełku. Jacek nie dał się wtedy złapać, ale jakoś o własnych siłach dotarł do klatki.
Obejrzałem żółtego, i bardzo się zaniepokoiłem. Zacząłem szperać w internecie, ale nie znalazłem tam niczego poza nieprawidłowościami z pierzeniem i ewentualnościach tworzenia się cyst. Następnego dnia udałem się do zaprzyjaźnionego sklepu ornitologicznego, gdzie kobitka z obsługi, po wysłuchaniu mnie - powiedziała krótko:
- Nie mam dla pana dobrych wieści. Do piachu! To jest mol, i to się będzie powtarzało. Hodowcy ptaków w takich przypadkach ukręcają kanarkom łby, bo nie ma co dalej trzymać!
Zaniepokoiłem się, a szperanie w internecie niewiele dało. Odwiedziłem czterech weterynarzy ze zdjęciami tego tworu z piór Jacka. Trzech odpowiedziało, że nie spotkało się z takim przypadkiem, a czwarty - że obowiązkowo musi kanarka zobaczyć!
Kikut odpadł po dwóch miesiącach. Wyglądał jak zdeformowana lotka, która wyrosła do ¼ swojej wielkości. Był sztywny i bardzo łamliwy, jak stare paznokcie.
Po kolejnych dwóch miesiącach zaczęliśmy obserwować tworzenie się nowej cysty. W tak zwanym międzyczasie ktoś napisał w sieci o cystach. Zastosowaliśmy się do jego rad i usunęliśmy Jackowi zdeformowany zaczątek nowej lotki. Dała się wykręcić. Kanarek przeszedł jednak stres, a jeszcze do tego przez kilka minut lekko krwawił. Boczył się przez kolejne trzy dni, a co najmniej przez tydzień był wyraźnie nieufny.
Kolejna cysta pojawiła się po miesiącu od drugiej. Nie dało się jej wykręcić, gdyż oględziny wykazały jej powiązanie z wieloma naczyniami krwionośnymi, a istniała uzasadniona obawa - że Jacek dostanie krwotoku. Została więc obcięta i była przycinana w miarę jak odrastała, średnio co 8 - 10 dni. Trwało to chyba z cztery miesiące. Po każdym łapaniu i zabiegach typu smarowanie łapek, obcinanie pazurków, przycinanie cyst - ptak przechodził męki psychiczne i fizyczne. Gdyby mógł, przefrunąłby klatkę przez pręty, z których została wykonana.
Mniej więcej przy trzeciej cyście znalazłem adres weterynarza w okolicach centrum miasta. Poszedłem tam i opowiedziałem o przygodach z Jackiem i moich podejrzeniach. Niezwykle miła pani weterynarz zapytała tylko czy mogę potwierdzić to, o czy mówię jakimiś zdjęciami lub filmem.
- Niech pan wyśle mi dwa lub trzy zdjęcia na moją skrzynkę. Ja to skonsultuję z moimi kolegami w Warszawie. Nie jest jeszcze późno, więc najdalej za godzinę dam odpowiedź.
Okazało się, że współpracuje z jakąś kliniką weterynarii w stolicy, gdzie mają do czynienia z różnymi i super różnistymi przypadkami. Odpowiedź dostałem od niej telefonicznie:
- Tak! To są cysty! Musiałabym przy tym ustalić tok postępowania. Jeżeli pan może, proszę przyjechać do mnie z Jackiem.
Pojechałem. Kanarek został szczegółowo zbadany, obejrzany. Pani doktor wzięła również do badań kał Jacka. Powiedziała, że sprowadzi mu specjalny preparat, bo te cysty to także brak odpowiednich składników mineralnych w Jackowej diecie. Za tę wizytę, zabiegi i badanie zapłaciłem super śmieszne pieniądze. Następnego dnia pani doktor zadzwoniła z informacją, że ptak nie ma żadnych pasożytów. Określiła mi również rodzaj schorzenia jego łapek. Ta zrogowaciała skóra gromadziła się Jackowi na nóżkach w ciągu zimy, a potem przez wiosnę i lato usuwał ją sobie zdziobując kawałek po kawałku.
Sprowadzony preparat pomógł, bo cystoza spowolniła, ale postępowała dalej. Jedna z lotek „cystowała się” prawie sześć miesięcy, nim wreszcie odpadła sama. Gdzieś w internecie wyczytałem u kogoś, że jego kanarek miał zdeformowaną lotkę, która utrzymała się na skrzydle ptaka przez dziewięć miesięcy.
Z czasem Jacek przestał fruwać. Ostatni lot wykonał w kwietniu 2012 roku. Od tamtego czasu z powodu braku równowagi (tracił ją gdy siedział na jednej łapce, a drugą się drapał) spadał z grządki. Bywało, że gdy zmusiło się go do kąpieli, to potrafił nieudolnie sfrunąć z kuchennego blatu na podłogę. Lekarstwem na to było częściowe rozebranie klatki i podstawienie jej Jackowi pod dziubek.
Od maja Jacek zaczął mieć kłopoty z przemieszczaniem się z grządki na grządkę. Picie i jedzenie trzeba było mu podstawiać w najbliższe miejsce, gdzie siedział. Niekiedy mnie zaczepiał, a wtedy gdy zbliżałem do niego rękę - najpierw chciał wyrazić swą radość trzepocząc skrzydełkami. I wtedy urażał się w bolące miejsce z cystą. Efekt był taki, że piszczał ze strachu lądując na dnie klatki. Zaczynał się mnie bać.
Odszedł od nas na moje życzenie 3 lipca 2012 roku. Codziennie był już zestresowany. Nie śpiewał, nie ćwierkał, niewiele jadł, spadał z grządki kilka razy dziennie. Pani weterynarz obejrzała Jacka i stwierdziła:
- Nie jest jeszcze w najgorszym stanie. Może jeszcze nie?
Ale za kilka dni wybieraliśmy się na wakacje. Gdyby Jacek trafił wtedy do teściów nie przeżyłby pewnie kilku dni.
Pochowałem go w lesie, w miejscu, gdzie chadza niewiele osób. Między sosenkami, krzewami czeremchy i młodymi dębami.
Był wspaniałym facetem. Dał nam wiele radości, choć my nie zapewniliśmy mu odpowiednich warunków do życia. Myślę, że gdybym miał więcej wiedzy o tych ptakach i wcześniej skontaktował się z dobrym weterynarzem - Jacek pożyłby dłużej, a może i nie wystąpiłaby u niego ta paskudna choroba.
Około 2009 roku otworzono we Włocławku ZooNaturę. To był olbrzymi sklep z ptakami, zwierzętami i akcesoriami dla nich. Dziewczyny z tego sklepu opowiadały mi, jak likwidowano podobny obiekt w Łodzi. Przywieziono stamtąd m.in. kanarki. Jeden z nich miał cysty na główce. Zszedł zaraz po dostarczeniu transportem do Włocławka. Cysty u ptaka potwierdził weterynarz. Rokowania w takim przypadku są złe. Głowa to bliskie okolice mózgu. Stąd nietrudno o szybkie zakażenie. A jeszcze doszedł do tego stres wywołany transportem.

Śpiew Jacka znany jest także w Australii. Znane są tam także jego zdjęcia. Jest ich wiele, ale mało jest dobrych. Bardzo, bardzo się bał mikrofonu i aparatu cyfrowego. Nagrania jego głosu to zbitka dziesięciominutowego śpiewu z którego wyciąłem przerwy. Oddaje ono jednak dokładnie to, jak Jacek potrafił śpiewać. Z jego nagrania uczył się śpiewu Jarek. Po tygodniu ćwiczenia robił to jeszcze lepiej. I pewnie miałbym nagranie dobrej jakości, ale zabił go stres. Jarek pewnie byłby także dobry jako model fotograficzny. Szkoda.

Jarek: niepokój, strach i stres

Pisałem wcześniej o Jacku i jego cystach. Nie napisałem jednak, że mniej więcej na trzy miesiące przed śmiercią na lewym skrzydle ptaka, które było wolne od schorzeń zaczęła się tworzyć wielka cysta. W prawym skrzydełku pozostała mu tylko jedna lotka, a było ono słabo opierzone, co na pewno powodowało, że ptakowi było zimno i mógł mieć dolegliwości reumatyczne.
Jacek będzie się dalej przewijał w dalszej części opowiadania, jako że pewne elementy zachowania obu ptaków i nasze błędy zostaną w części powtórzone.
Jacek odszedł w lipcu 2012 roku. Gdy w sierpniu wróciliśmy z wakacji zacząłem na poważnie myśleć o kupnie nowego kanarka. W pobliskim sklepie zoologicznym, gdzie wcześniej kobitka bezceremonialnie oznajmiła mi o „molach” u kanarków, były cztery okazy tych ptaków. Stacjonowały tam już pół roku, bo nie było na nie chętnych. Te cztery kanarki wyglądały na przestraszone. Wystawiono je w oknie wystawowym przy ulicy i miałem nieraz okazję widzieć, jak panikowały na widok przechodniów. Byłem nawet zdecydowany, aby kupić ptaka właśnie tam, ale znaleziono mi hodowcę kanarków, który oferował ptaki po 80 złotych, a nie 160 jak w tym sklepie.
Pojechaliśmy do tego hodowcy, którego zasób obejmował kanarki, zeberki, drobne papużki i jakieś tam mieszańce. To było 24 sierpnia 2012, a więc jeszcze lato. Ptaki trzymane były w ocieplonej budzie, na dworze. Wchodziło się do niej przez wąskie drzwi obite siatką ochronną, przez które do wąskiego wnętrza sączyło się z zewnątrz światło. Wewnątrz znajdowało się ponad dwadzieścia klatek i panował tam zaduch. Na skutek naszego wejścia do tego pomieszczenia wszystkie ptaki stały się niespokojne. Okazało się, że nawet po włączeniu światła było tylko niewiele jaśniej.
Spodobał mi się młody i żywy kanarek z czupryną „hippisa”, ale właściciel hodowli powiedział, że w większości ptaki są z tegorocznych lęgów i najpierw musi zaprezentować je na wystawach. Sprzedażą zajmie się dopiero około października. Zdecydował się oddać jednego, pomarańczowego jak marchewka.
Ptak miał dwa lata. Zapakowaliśmy go do pudełeczka transportowego zaopatrzonego w otwory wentylacyjne i zawieźliśmy do domu. Tu oczywiście czekała już klatka, do której został włożony wraz z pudełeczkiem. Ptak był odrętwiały i sztywny, jakby w letargu. Dopiero wypchnięty na zewnątrz gwałtownie ożył, ale zaczął jak oszalały obijać się po klatce. W naszej kuchni było zdecydowanie jaśniej, aniżeli tam gdzie dotąd przebywał, więc przykryliśmy klatkę ręcznikiem. Ptak się uspokoił dopiero po kilku minutach. Usiadł na górnej grządce i zaczął „strzelać z dzioba”. To „strzelanie” przypomina do złudzenia klikanie myszką komputerową i zdarzało się również Jackowi, ale rzadko. Niemal sporadycznie.
Jarek, tak ochrzciłem kanarka uspokoił się wprawdzie, ale wciąż klikał i nie ośmielił się sfrunąć na niższą grządkę, gdzie znajdował się pokarm. Przezornie ustawiłem mu poidełko tuż obok górnej grządki, gdzie siedział. Sfrunął dwa, albo trzy razy aby „ukraść” coś do jedzenia, gdy wychodziliśmy z kuchni.
Za każdym razem, gdy ktoś wracał do kuchni i zbliżał się do klatki Jarek zaczynał skakać po klatce starając się nawet przefrunąć jej obudowę, obijając się o jej pręty. W każdym bądź razie podpatrzyłem go kilka razy wieczorem, że spał na swojej górnej grządce siedząc na jednej łapie i z łebkiem ukrytym częściowo w piórach. To już było dobrze. Zdjąłem mu ręcznik z klatki i pozostawiłem samego. Żałuję tylko, że nie osłoniłem klatki z boków, jak to czyniłem z Jackiem.
Następnego dnia rano obudził mnie pisk. Wpadłem do kuchni i zobaczyłem, że Jarek miota się po klatce, która była usadowiona ok. półtora metra od okna. Rano uchylił je ktoś z domowników i wyraźnie dało się odczuć przeciąg. Zamknąłem okno i przystąpiłem do osłaniania klatki z boków. Jarek szalał latając tam i z powrotem po klatce. Uspokoił się dopiero po kilku minutach, ale gdy wrócił na swoją grządkę z wnętrza klatki zaczęły dobiegać dźwięki przypominające kaszel, kichanie, parskanie, rzężenie. Temu wszystkiemu towarzyszył świszczący oddech przypominający zachowanie się astmatyka podczas ataku choroby.
Pierwsze moje odczucie było takie, że Jarek przeziębił się w przeciągu. Była sobota i pani weterynarz nie miała dyżuru. Do wieczora przerwy poprzedzające dziwne odgłosy Jarka stawały się dłuższe, ale wciąż słychać było charakterystyczne klikanie świadczące o zdenerwowaniu. Natomiast świszczący i głośny oddech pojawiał się szczególnie wtedy, gdy znalazłem się zbyt blisko klatki. Później podsłuchiwałem i podglądałem ptaka do trzeciej nad ranem. Świszczał, rzężał i klikał non stop.
W niedzielę w ciągu dnia było znośnie, ale wciąż z klikaniem. W nocy pozostałe objawy powróciły ze zdwojoną mocą. Ptak nie spał. A rankiem w poniedziałek czuć było jeszcze od Jarka zapach stęchlizny znany mi z miejsca, gdzie go kupiłem. Skojarzyłem to z astmą i wpadłem do sieci.
Opisane przeze mnie zachowania ptaka wskazywały na sternostomatozę. Znalazłem szybko sporo informacji o tym schorzeniu. W poniedziałek wylądowałem sam u weterynarza. Dostałem antybiotyk z zaznaczeniem, że poprawa powinna nastąpić mniej więcej po tygodniu, a kurację trzeba będzie powtórzyć.
Wydawało mi się, że antybiotyk zadział po dwóch dniach, ale po tym czasie nie dało się ptaka oszukać. Nie chciał pić lekarstwa ani z wodą, ani dziobać z jedzeniem. Różnymi sposobami oszukiwałem go, aby przemycić lekarstwo, aby je zechciał zażywać. Dziesięciodniowy cykl leczenia nic nie dał. Jarek wylądował po raz pierwszy u weterynarza, który nakazał powtórzenie kuracji, ale zastrzegł jednocześnie, aby bacznie obserwować ptaka. Badania wykazały jednak, że ptak nie cierpi na sternostomatzę i przyczyna jego zachowania może być inna. Gdybym nie stwierdził poprawy, trzeba wykonać kolejne badania.
Powrót Jarka do domu po lekarskiej wizycie nasilił u niego niepożądane zachowania, które trwały jeszcze trzy tygodnie. Po tym czasie ptak zaczął sypiać w nocy, mniej klikał w dzień, ale był dziki. Każde „grzebanie” mu w klatce jak choćby próba wymiany wody do picia, zmiana pożywienia, czyszczenie dna klatki powodowały u niego stres objawiający się obijaniem o klatkę. Nie pomagało ani zaciemnianie pomieszczenia, ani okrywanie klatki ciemnym materiałem.
Jarek głupiał również wówczas, gdy miałem na nosie zamiast okularów do czytania okulary do dali. Rozpoznawał to bezbłędnie i dawał wyraźnie do zrozumienia: ten sam facet w dwóch różnych okularowych oprawkach na nosie to nie ta sama osoba. Robił się dziki, gdy dla przykładu ubrałem inną bluzkę albo inny sweter. Ale trzeciego miesiąca można już było mu robić porządki w klatce.
Czyniłem próby umieszczenia w klatce kąpielidełka, ale dwukrotny efekt był taki sam. Jarek szalał. W końcu drugiego miesiąca stwierdziłem, że warto ptakowi zainstalować jeszcze jeden pojemniczek do picia, aby miał do niego lepszy dostęp. W sklepie był tylko taki trzykrotnie większy i nie byłem zadowolony. Jarek jeszcze bardziej, bo tłukł się po klatce, a jak się uspokoił - pierwsze co zrobił, to w tym poidełku się wykąpał i był z siebie bardzo zadowolony. Trochę później, gdy było widać, że ma ochotę na dodatkową kąpiel można było poidełko wyjąć, uzupełnić w nim wodę i włożyć je ponownie do klatki. Nie można było natomiast uzupełnić wody strzykawką, bo ptak dostawał szaleństwa.
Jakoś tak w połowie trzeciego miesiąca Jarek oswoił się z moją prawą ręką. Nie z lewą! Dziobał ją, a w okolicach karmidełka podkradał mi z palców dostarczane smakołyki. Zaczynał nawet charakterystycznym ćwierknięciem informować, że wylądował przy korytku z jedzeniem i zamierza coś spożyć. Zaczynał też gulgotać i skrzypieć ćwicząc śpiew. Od tamtego czasu odtwarzaliśmy mu z kompaktu śpiew Jacka, a Jarek mu wtórował. Później dzień zaczynał próbami śpiewu, a jeszcze później przepięknym tokiem. Byłbym go pewnie nagrał, i zrobił mu parę zdjęć, bo reagował mniej nerwowo na aparat i mikrofon, ale wyszło inaczej.
Pierwszą samodzielną próbę lotu Jarek podjął na trzy tygodnie przed feralnym 17 grudnia. Miesiąc wcześniej otworzyłem mu drzwiczki od klatki i mógł skorzystać z wolności poza nią. Uczynił to wreszcie lądując twardo na dnie kuchennego zlewu. Posiedział tam chwilę przestraszony, po czym niedołężnie sfrunął na podłogę przedpokoju i podreptał niezdarnie w stronę łazienki, gdzie było ciemniej i tu przycupnął struchlały, nie wiedząc co z sobą zrobić. Dał się wziąć na ręce i włożyć do klatki. Tu nie było specjalnych sensacji.
Kolejna próba lotu Jarka została wykonana na moje życzenie tydzień później. Wygoniłem go przez dół klatki na kuchenny blat. Ptak wydał się spłoszony. Sfrunął niezdarnie na kuchenną podłogę i się poobijał. Zdumiało mnie to, że ptak, który fruwał bez problemu w klatce ma problemy z lataniem w innym miejscu. Był tak przestraszony, że uczepił się nogawki moich spodni i nie wiedział co z sobą zrobić. Zabrałem go struchlałego i nieruchomego, wręcz sztywnego włożyłem do klatki. Tu odzyskał werwę i dalej nie było żadnych sensacji. Zrozumiałem, że jak zechce to sam spróbuje swoich sił w lataniu.
Następne dni rokowały Jarkowi zupełnie dobrze. Śpiewał, był kontaktowy, domagał się smakołyków, kąpał się, a nade wszystko interesował tym co się dzieje w pobliżu jego klatki. Aż do poranku 14 grudnia.
Stwierdziłem, że są zbyt brudne żerdki i muszę je umyć, a zwłaszcza zdezynfekować. Kiedy wykonywałem pojedynczo zabiegi z każdą żerdką - Jarek szalał! Powtórzyło się to, co widywałem już parę razy. Gdyby mógł, przeniknąłby przez klatkę bez względu na jej zabezpieczenia. Na pewno się poobijał! Usadowił się na górnej grzędce i zaczął klikać. Nie sfruwał niżej i nie jadł nic aż do popołudnia. Wtedy próbował raz albo dwa podkraść jedzenie ze swojego karmidełka. Tego dnia nie śpiewał wcale.
Następnego dnia było podobnie. Nawet nie spróbował klusek ani sałaty, które tak lubił. Nie chciał ruszyć nawet ziaren konopi. Ożywił się nieco popołudniem 16 grudnia. Trochę poćwierkał i nawet dziobnął mnie w podsuniętą mu dłoń. Rankiem następnego dnia usadowił się na swojej obserwacyjnej grządce i nieśmiało próbował coś podśpiewywać. Zauważyłem tylko, że podrzucone mu poprzedniego dnia dwa ziarenka konopi pozostały nietknięte.
Zostawiłem Jarka w kuchni i poszedłem do pokoju zająć się swoimi sprawami. Przed dwunastą usłyszałem dochodzący z kuchni dźwięk przypominający klapnięcie. Udałem się tam i przez moment widziałem jak kanarek zrywa się do lotu z kuchennego blatu. Pofrunął na wierzch kuchennych szafek nad klatką. Zatrzymał się na ich brzegu i stamtąd patrzył na mnie. Podrzuciłem mu tam konopie. Jarek najpierw cofnął się do ściany, a chwilę potem powrócił w miejsce gdzie położyłem nasiona. Dziobnął tylko jedno ziarenko i podreptał w stronę ściany. Uznałem, że jest dobrze, ale po kilku minutach zdecydowałem się ptaka podejrzeć. Wszedłem na taboret, aby zobaczyć co się dzieje. Kanarek leżał na boku, miał lekko rozwarty dziób i co chwila zamykał i otwierał oczy. Pomyślałem, że dzieje się z nim coś niedobrego. Nad szafkami było duszno.
Chciałem złapać go, ale gwałtownie się zerwał i przefrunął na szafki po drugiej stronie kuchni. Uznałem, że skoro pofrunął na inne szafki - nie jest źle. Po kwadransie podejrzałem go. Siedział jak kwoka, z napuszonymi piórkami i wyglądało, że nie ma wcale ochoty wracać do klatki. Dał się wziąć do ręki bez protestów i położyć na jej dnie. Był niemal drętwy, ale po uwolnieniu natychmiast odzyskał wigor lądując na górnej grządce. Nie szalał, tylko zaćwierkał takim nijakim tonem i jeszcze dziobnął mnie w podsuniętą dłoń.
Oddaliłem się nieco od klatki z nadzieją, że wszystko jest dobrze. Już chciałem wyjść z kuchni, gdy zobaczyłem jak Jarek spada na dno klatki. Dostał drgawek, a po kilku sekundach powieki opadły mu na oczy. Zrozumiałem wtedy, że nie wyleciał tego dnia, aby poznać otoczenie. Chciał uciec przede mną! Chciał pewnie wrócić do swojego ciemnego i stęchłego świata, w którym przebywał kiedyś. Do świata, w którym słyszał głosy innych ptaków i do dawnego właściciela, który zaglądał tam tylko wtedy gdy uznał to za konieczne.
Zabił go stres i jak sądzę nadmiernie gwałtowny wysiłek, spowodowany lotem po dłuższym siedzeniu w klatce. Natura nie oswoiła Jarka ze szczękiem naczyń w kuchni, gwizdkiem czajnika, czy grzebaniem mu po klatce. Gdybym był kanarkiem, też bym w takich warunkach zszedł na serce.
Różne spostrzeżenia dotyczące chowu kanarków
Zacznę od klatki. Kiedy dostaliśmy Jacka (pierwszy kanarek) nie wiedzieliśmy, że niezwykle istotne jest to, aby była ona osłonięta z trzech stron. Byłoby również dobrze, aby ulokowana była na stałe powyżej głów domowników. Te dwa warunki nie zostały spełnione. Dowiedziałem się jednak szybko, że należy unikać przede wszystkim przeciągów, gdyż są one dla ptaków zabójcze.
Od pierwszego dnia pobytu Jacka u nas uchylne, kuchenne okno zostało zabezpieczone tak, aby na ptaka nie wiało. Jeśli trzeba było kuchnię wywietrzyć albo było w niej za gorąco (piekarnik, gotujący się obiad) przenosiłem Jacka do innego pomieszczenia. Jednak dość późno zacząłem klatkę opatulać z trzech stron.
Któregoś razu, a Jacek miał już dwie cysty zauważyłem, że futryna okna jest nieszczelna. Zdarzyło się to jesienią, gdy strasznie wiało na dworze. A kanarek właśnie zwykł przesiadywać na grządce mając prawe skrzydełko bliżej okna. Tam właśnie, gdzie najbardziej wiało. I na tym skrzydełku było najwięcej cyst.
Jak wspomniałem wcześniej jego klatka okryta była tylko materiałem od góry do poziomu grządki, na której ptak najczęściej przesiadywał. To było za mało!
Wszystkie plastikowe żerdki w klatce wymieniłem na drewniane. Były nimi gałązki czarnego bzu takiej grubości, aby ptak mógł je objąć pazurkami. Słyszałem od hodowców, że plastik często powoduje odgniecenia na łapach, co wywołuje u ptaka stres i ból. Czarny bez ma bardzo miękkie drewno, ale dość chropowatą korę. Usuwałem ją z patyków przeznaczonych na żerdki.
Po jakimś czasie usunąłem także z dna klatki piasek, gdyż po pierwsze fruwając Jacek rozsypywał go po kuchni, a po drugie - drobiny piasku właziły mu między tę narastającą i nietypową skórę, a to wywoływało stany zapalne łap. Malutki pojemniczek z piaskiem i muszelkami umieściłem na górze klatki, gdzie ptak miał do nich łatwy dostęp.
Klatkę gruntownie sprzątałem, gdy ptak poleciał sobie na pokoje. Nigdy nie był zadowolony gdy grzebałem mu po grządkach. Potrafił się wtedy zachować jak Jarek, podejmując próby opuszczenia klatki przez jej ściany. Szybko jednak uspokajał się, gdy przestawało mu się tam grzebać. Nie był zaniepokojony, gdy kręciłem się w jego pobliżu w innych okularach, w innym ubraniu albo nawet czapce na głowie. Wpadał jednak w ogromną panikę, gdy żona wchodziła do kuchni z dopiero co umytą głową, a szczególnie gdy owinęła ją sobie ręcznikiem. Wówczas Jacek jak oszalały wyfruwał z klatki lecąc na oślep do dużego pokoju.
W ciągu dnia, gdy w kuchni odbywało się gotowanie siadywał zwykle na wierzchu klatki i tu wykonywał toaletę, wyciągał dziobem nitki z materiału pokrywającego klatkę, śpiewał albo z zaciekawieniem obserwował co się dzieje obok. Kiedy odstawiono czajnik, w którym dopiero co zagotowała się woda leciał na jego uchwyt. Tu siadał, grzejąc się ciepłem unoszącym się do góry. Bywało, że ułożono w zlewie filet rybny wyjęty dopiero co z lodówki. Jacek lądował wtedy na nim, drepcąc łapkami po jego zimnej powierzchni. Raz się zdarzyło, że właśnie stężał w miseczce przygotowany smalec. Kanarek podeptał wtedy ten smalec, a później oporządzał sobie łapy. Długo nie mógł zrozumieć, dlaczego są tak tłuste.
Siadywał sobie i śpiewał w różnych miejscach. A to na kranie kuchennym, a to na meblach, na głośniku komputerowym z którego dobiegały dźwięki muzyki, a to na odtwarzaczu, a często na grządce obserwacyjnej przy drzwiczkach klatki. Kiedy tu zbliżałem do niego twarz, wcale nie był zaniepokojony tylko dziobał mój nos.
Jacek gdziekolwiek fruwał, zawsze sam wracał do klatki. A gdy zbliżał się wieczór, komunikował właśnie z klatki, że pora gasić światło, bo on chce spać!
Bał się przedmiotów dużych, ciemnych. Bał się ciemnych miejsc i gwałtownych ruchów. Nie bał się jednak dużego, srebrnego półmiska, gdzie albo lokowano ciastka, owoce lub np. jakieś sałatki. Potrafił wtedy zdeptać wszystko, skubiąc po trosze każdy owoc albo ciastko. Goniło się go stamtąd, bo np. ciastka potrafił upstrzyć swoimi odchodami.
Teraz nieco różnie o różnych przypadkach stresu, nie tylko na przykładzie kanarków. Jacek rzadko się stresował lub niepokoił. Bywało, że raz na dwa miesiące trzeba było mu obciąć szpony przy pazurkach. Później było to częściej, bo dochodziły cysty. To, co? To trzeba było ptaka złapać. Ten tekst piszę wytłuszczoną kursywą. ŁAPANIE KANARKA JEST DLA NIEGO BARDZO NIEBEZPIECZNE!  GROZI TO POKALECZENIEM PTAKA, ZAGRAŻA JEGO ŻYCIU! PTAK TRACI WÓWCZAS INSTYNKT SAMOZACHOWAWCZY! OBIJA SIĘ PO KLATCE I DŁUGO PAMIĘTA TEGO, CO GO ZŁAPAŁ! Jeżeli nie ma konieczności, lepiej ptaka nie łapać, bo koduje mu się to w jego psychice. JEŚLI TRZEBA GO ZABRAĆ DO WETERYNARZA, TO JUŻ W OSTATECZNOŚCI!
Na przykładzie Jarka wysnuwam także ostrożny wniosek, że zachowanie zestresowanego długo kanarka (porównanie z depresją) przypomina objawy sternostomatozy. Zwykle kanarki się uspokajają, gdy zapewni się im spokój, a zwłaszcza zaciemni pomieszczenie (z klatką), w którym przebywają. Przy ciągłym i długotrwałym stresie ptak jest bardziej zdenerwowany w ciemności w nowym i nieznanym miejscu szczególnie, gdy słyszy w nim dźwięki, których nie może rozpoznać i się ich boi!
Zdarzało się, że Jacek (bardzo podobnie zachowywał się Jarek) po wykonaniu zabiegów pielęgnacyjnych został delikatnie położony na dnie klatki. Leżał wtedy w bezruchu dobrą chwilę, jakby poplątały mu się łapki. I pewnie leżałby tak długo z wpół przymkniętymi powiekami, gdyby nie lekkie szturchanie. Zwykle też po takim szturchanym bodźcu zrywał się gwałtownie umykając na najwyższą żerdkę. Tam, piszcząc ze strachu, sadowił się na ugiętych łapkach, aby być gotowym do ucieczki na wypadek, gdyby chcieli go złapać ponownie.
Moja pani weterynarz opowiadała o przypadku, jak przywieziono do niej kanarka. Gdy go wyciągała z pudełeczka transportowego - zdechł jej w ręku. Mi się przydarzyło coś podobnego z młodym szpakiem, którego chciały zadziobać sroki. Zszedł mi w ręku, kiedy podnosiłem go z trawnika, a był wtedy przerażony i srokami i mną.
Z kolei w ZooNaturze mieli dwie papugi i nie były to nierozłączki. Można je było chować osobno. Ptaki były ze sobą razem w jednej klatce przez ponad pół roku, bo nie było na nie nabywcy. Kiedy się trafił, pozostała w klatce papuga stała się osowiała, przestała przyjmować pokarm i mdlała kiedy ulubiony jej opiekun zaglądał do klatki. Zdechła po dwóch tygodniach.
Znam też przypadek niezwykle rasowego koguta, który był w niezwykłej komitywie ze swoją właścicielką. Przebywał w swojej wolierze w zamkniętym pomieszczeniu, ale raz zdecydował się na spacer po świeżym powietrzu. Zdechł ze strachu przed olbrzymią przestrzenią, jaką zobaczył przed domem, a jeszcze oświetloną pełnym słońcem.
Parę lat temu na Discovery pokazywali dokument o sikorce. Zainstalowano kamery w gnieździe, gdzie samiczka złożyła 12 jaj. Inne kamery podglądały okolicę. Ptak wykarmił wszystkie dwanaścioro piskląt i przyszła pora na wyfrunięcie potomstwa z gniazda. Spośród wszystkich ptaków po wylocie ocalały 4. Cztery pisklaki zeszły na zawał w trakcie lotu lub po wylądowaniu, dwa zostały zadziobane przez drapieżne ptaki, a dwa rozbiły się o druty w czasie lotu.
Co do podawanego pokarmu, jestem wrogiem wszelkich ulepszaczy poprawiających kolorystkę ptaka lub działających na jakość śpiewu. Dla mnie, mój ptak może być najbrzydszy. Najważniejsze, żeby czuł się dobrze w niewoli, do której zmusił go człowiek. Ten zresztą nigdy żadnemu stworzeniu nie zapewni takiego pożywienia, jakie daje mu natura!
Tak na marginesie „ulepszaczy” - doniesiono mi parę miesięcy temu, że jakiś sklep w Warszawie sprzedawał rybki faszerowane zastrzykami z substancją powodującą ich świecenie w ciemności. Jestem przeciwny takim praktykom, podobnie jak niektórym działaniom np. tzw. miłośników ptaków. Wystarczy wziąć przykład zawodów gołębi pocztowych: porównując liczby gołębi wypuszczonych z liczbą tych, które powróciły. A jeszcze warto to przemnożyć przez liczbę zawodów organizowanych w ciągu roku, choćby w Polsce.
Wracając do pożywienia. Stosowałem mieszanki dostarczane przez producentów, choć ich skład zwykle nie był pełen. Oba moje kanarki dostawały dodatkowo zieleninę, a tu stosowałem zwykle np. sałatę, mlecz, marchewkę, jabłuszko i to, co dało się umyć. Zresztą podawane przeze mnie zieleniny były najpierw myte i suszone papierowym ręcznikiem. Był też słonecznik, i trochę za dużo konopi. Oba ptaki za nimi przepadały, ale hodowcy ostrzegają przed konopiami. Dodawałem też do karmy nasiona traw zebranych na łąkach oraz nasiona mniszka lekarskiego. Było też raz w tygodniu żółtko jaj, którego nie lubił Jacek, ale uwielbiał Jarek. Oba ptaki gustowały natomiast w cienkich kluseczkach domowej roboty lub sklepowym, cienkim makaronie.
Altal; styczeń 2013.
Zapisane

Marka
Uczeń1
Nowy użytkownik
*
Offline Offline

Piaseczno
Wiadomości: 115



« Odpowiedz #1 : Listopad 05, 2013, 10:38:57 »

Piękne opowiadanie Uśmiech Dziękuję Uśmiech
Zapisane

cieslm
Uczeń1
Nowy użytkownik
*
Offline Offline

Dzierżoniów
Wiadomości: 185


CIH C033


« Odpowiedz #2 : Listopad 05, 2013, 07:54:41 »

rewelacja dziękuję
Zapisane

nula2
Amator
Nowy użytkownik
*
Offline Offline

Wiadomości: 12



« Odpowiedz #3 : Listopad 13, 2013, 09:18:52 »

Super opowiadanie i fajne wyciągnięte wnioski Uśmiech
Zapisane

Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Zdjęcie miesiąca

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2018, Simple Machines
Kanarki - Wortal Jacky & Mark
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!